Strony

wtorek, 6 lutego 2018

Dzień dobry, nazywam się Ptyś i miałem depresję

Dzień dobry,
nazywam się Ptyś i miałem depresję przez okres ośmiu miesięcy (od czerwca 2017 do lutego 2018). Jest to dość trudne dla mnie wyznanie, ale postanowiłem się z Wami podzielić - a kość komuś pomogę. Zatem zapraszam Was do przeczytania mojej ośmiomiesięcznej historii, z góry przepraszam za wszelkie nudy i błędy, dobry w pisaniu nie jestem.



Tytułem wstępu nakreślę Wam moje życie. Odkąd zostałem zaadoptowany przez moją rodzine w 2010 roku byłem jedynakiem. Cała uwaga i życie kręciło się wokół mnie. Ochy, achy, jaki ładny Pan Pies - to o mnie. Ale grzeczny, ale wychowany - to też o mnie! Długie spacery, dobre chwile, złe chwile. Tylko ja i Paulina. Nikt więcej. Czasem przyjechała Magda, czasem się pomizialiśmy, było dobrze.
W 2013 roku coś się zmieniło. Zmieniło się pod kątem struktury naszej rodziny. Białe. Małe. Kłaczące. Weszła do nas do domu z buta, nie zapowiadając się wcześniej. Mała, dzika. Dziwnie.
Chociaż nigdy nie przymilałem się aż tak do Magdy - przestała zwracać na mnie uwagę, był ten biały potworek. Ochy i achy zaczęły dzielić się na pół. Misha wkroczyła do mojego życia.



Ale jak na załączonym obrazku widać - polubiłem tę sukę. Była bardzo w porządku wobec mnie, szybko zacząłem traktować ją jak rodzinę, nie jak konkurencje. Do tej pory jest to ta część mojego psiego towarzystwa z którym mogę przejść kilometry albo przespać na jednym łóżku, ba! Legowisku! I nawet AŻ tak bardzo mi to nie przeszkadza.

Moje życie znowu stało się spokojne, zrównoważone. Misha wyjechała, odwiedzałem ją czasem(często), ale generalnie rola jedynaka znowu na mnie wpłynęła. I żyłem sobie spokojnie aż...
W 2016 roku zaczęły się ogromne zmiany w moim życiu. Przeprowadziliśmy się z moją Panią, ale w sumie.. nie przeszkadzało mi to. Dopóki jestem z nią - jest dobrze. Możemy wylądować nawet za Wielką Wodą. Byle razem.
W 2017 roku wróciliśmy.  Pańcia jakoś nie w humorze przez dłuższy czas. Było mi też smutno, że jej smutno, ale starałem się poświęcać jej dużo czasu. Jakoś to przetrwaliśmy.
Maj.
Dziwnie.
Co się stało?



Co.To.Jest.
Przyjechało z Magdą i Mishą. Wtf. Dziwne, natrętne, namolne, upośledzone. O co tu chodzi? Mój spokój został znowu zaburzony, równowaga zachwiana. Mówiąc szczerze, to do tej pory nie do końca potrafię zaakceptować tę część - jak się okazało - naszego stada. Tak, Magda z Mishą powiększyły stado o tego... psa? Nie jestem pewien jak go nazwać.
Ale nie byłem świadomy, że to zapowiedź. Zapowiedź największej katastrofy w całym moim życiu. Zaburzenia osobowości, spokoju, rutyny i uwagi.
Przenieśmy się do czerwca.
Pani kupiła coś dziwnego. Metalowego. I karmę. Ale po co nam karma? Taka dziwna? Przecież ja mam swoją. Jakaś taka chodziła dziwnie szczęśliwa.. Ktoś mi to wyjaśni?
Po kilku dniach - wyjechała. Znikła. Nie rozumiałem. Coś nie grało.
Pan Tata zapakował mnie do auta. Pojechaliśmy dosyć daleko. Otworzył się świat. Rozpoznałem "stare śmieci" czyli... Dom Afganów Malwiny. O co tu chodzi.. Znowu wycieczka? Gdzie Paulina.
Czekaj, widzę ją, na schodach. Co ona niesie? Nie... nosz krwa... Co to jest...



Trochę ble, trochę fuj...
Ale rozumiem. Malwina sobie pewnie powiększyła stado. Czekaj, dlaczego Paulina to pakuje do auta... Pewnie wiezie dla kogoś, ok, dobra. Znowu razem.
Wróciliśmy. Małe obrzydliwe coś wylądowało w naszym wspólnym pokoju. Pewnie na przetrzymanie. Bo to mało mieliśmy takich delikwentów?
Nie podobała mi się ta sytuacja. Był już u nas długo. Zasikał mi łóżko. Wiele razy. Czułem się bardzo niekomfortowo, źle i smutno. Pańcia jakoś poświęcała temu gnojkowi dużo czasu. Dlaczego? Wychodziła z nim co godzinę na dwór. Dlaczego? A ja?
No i się zaczęło.



- Zostaje z nami.
- Czekaj, chyba żartujesz?
- Nie Ptysiu. On z nami zostaje.
- Ale Paula... Przecież miało być inaczej, mieliśmy być zawsze razem.
- Przecież jesteśmy. Tylko, że w trójkę.
- Ale to nie ma sensu, nie istnieje trójka. Jest tylko dwójka. A skoro wzięłaś nowego pieska.. To ja chyba... już nie jestem potrzebny, prawda?
- Co Ty gadasz? Oczywiście, że jesteś.
- Ta...

Nie uwierzyłem jej. Jedyne na co miałem ochotę to spać. Wcześniej często kręciłem się po domu, teraz postanowiłem nie ruszać się z legowiska. Bo po co? Spacer? Sama sobie idź. Chyba, że idziemy sami, bez tego pokurcza, to może się podniosę. Ale w sumie.. po co?
Smutek.
Nie chciałem.
Smutek.
Dlaczego?
Smutek.
Dlaczego nikt mnie nie kocha?
Niby głaszczą, niby poświęcają czas, ale... po co ten pies? Po co on? Ja już Wam nie wystarczam?
Zacząłem lizać łapy, trochę nerwówka. Mogę się założyć, że człowiek na moim miejscu złapałby to coś ostre, przez co leci krew i przyłożył do ręki. Ja lizałem łapę.
Jeść?
Ale.. Nie rozumiem. Dlaczego?
A może sama sobie to zjedz? No dobra..  w sumie coś musze, żeby przeżyć...
Trening? Ale po co...
Wołasz mnie? Ale ja się dobrze czuję w klatce...



Trwałem tak przez kilka miesięcy, byłem otoczony murem. Mimo tego, że Pani dawała mi dużo uwagi i spacerów tylko we dwoje. Nie naciskała, jestem jej wdzięczny za to, że dała mi czas.
W pewnym momencie coś jakby zmieniło się w mojej głowie. Jakby ktoś mi pstryknął w ucho i powiedział "Hej! Koniec smucenia się, trzeba żyć. Ten mały piesek wcale nie jest taki najgorszy, a Pani naprawdę Cię kocha, spójrz tylko!".
Wstałem. 
Uświadomiłem sobie to. 
Zacząłem na powrót żyć. 
Lodóweczka się otwiera? W porządku! Lecimy! Spacer? Jestem gotowy!
Nawet z tym małym gnojkiem. Nawet z nim. 


Bo w życiu najważniejsze jest znaleźć równowagę. Równowagę między Ja i Ty. I nie zaburzać jej. 
To byłem ja, 
Ptyś.

wtorek, 16 stycznia 2018

#1 Czy wiesz, że...

charta afgańskiego miały sławne osoby?
I nie mam tu na myśli polityka z Koziej Wólki, tylko prawdziwie sławne osoby jak... 

Salvador Dali
Zdjęcie zostało zrobione podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych w 1940-1948. 
Nie dość, że posiadał charta afgańskiego(którego imienia niestety nie udało mi się dorwać), to jeszcze postarał się oto, by w jego sztuce również sie pojawił. 
Na pewno kojarzycie te dzieło :)
Invisible Afghan with Appartion, on the Beach, of the Face of Garcia Lorca, in the Form of a Fruit Dish with Three Figs 1938 
Sympatycznie! 
Następny jest nie kto inny jak...
Pablo Picasso
Picasso razem z afganem Kabulem. Zdjęcie z lat '60
Pablo Picasso. Wszystkim znany, każdy kiedyś coś tam słyszał. Ale czy wiedzieliście, że miał afgana? A nawet.. dwa! 
Pierwszy imieniem Kasbec żył wcześniej, czego dowodzą zdjęcia z 1936 roku. Oto przed Państwem Kasbec :



Nie wiem jak Was, ale ja uwielbiam widok afgana leżącego w pracowniach i tym podobnych. To nadaje magii takiemu miejscu. 
Drugi, Kabul, żył w późniejszym okresie, bowiem zdjęcia z nim pochodzą z 1960 roku.



W ogóle chciałabym zwrócić Waszą uwagę na kompletnie różny wygląd tych psów. 

Oczywiście Picasso tworzył też prace z afganami. Oto kilka z nich:
Jesli kogoś interesuje temat bardziej, odsyłam do źródła informacji: KLIKNIJ TUTAJ

Gary Cooper

Tak dokładnie! Nie przesłyszeliście(przewidzieliście?) się! Gary Cooper miał afgana, a dokładnie afgankę zwaną Zora :)

I przed Wami NAJPOPULARNIEJSZY WŁASCICIEL CHART AFGAŃSKIEGO.

Jesteście gotowi?!


Barbie
Ten tutaj jest młodsza wersja. 
Jakie mięśnie na przodzie! Ptysiu wstawaj z kanapy, idziemy na dwór!

Starsza wersja pochodząca z 1979 roku:
Trochę straszne...
Gdyby ktoś miał ochotę znalazłam go na jakimś zagranicznym targu staroci : KLIKNIJ TUTAJ

Który właściciel Was najbardziej zdziwił lub zaciekawił?

Źródła:
Wspomniane wyżej Afghan Hound Times oraz wikipedia.

sobota, 6 stycznia 2018

Recenzja Legowisk Wiko



Już jakiś czas temu moją uwagę przykuły legowiska z Wiko. Pracowałam wtedy jeszcze w sklepie zoologicznym, który akurat był dystrybutorem tychże. Pamiętam, że niesamowicie spodobało mi się wysokie, mięciutkie, a'la kosz legowisko. Było przy tym tak ogromne, że spokojnie pomieściłabym moje i siostry psy, a dodatkowo sama usiadłabym obok nich i jeszcze byłoby miejsce :D
Wybaczcie za Mishę, urodziła się z takim wyrazem twarzy :( 

Nikogo więc nie zdziwi moja dzika radość, gdy napisała do mnie Ela z zapytaniem o przetestowanie ich legowisk z Wiko! Od jakiegoś czasu zamierzałam się z zakupem legowiska dla Ptysia(całe życie miał klatunie, czas na zmianę) i dla Hige (do klatuni, aczkolwiek jeszcze się bałam, bo Pan Szczeniak jest szczeniakiem na 100% i lubi zjadać wszystko). Ale zaryzykowaliśmy. Czy były straty? Przy Panu Dzikiej Fretce to niestety nieuniknione. Ale zapraszam do dalszej lektury!
Zdjęcie ze strony http://legowiska-wiko.pl/

Najpierw może pokrótce opowiem o firmie z której legowiska mamy. Nazwa firmy WIKO wzięła się od imienia owczarka niemieckiego, który był głównym testerem legowisk i inspiracją. Tak przy okazji firma znajduje się zaledwie 15 kilometrów ode mnie - w Żaganiu. Niestety WIKO nie prowadzi sprzedaży detalicznej ( :( ), sprzedają w hurtowniach oraz sklepach zoologicznych, których spis znajduje się tutaj: 
 Przy okazji szukania info o firmie, natrafiłam na filmik(klik), wiec jeśli ktoś jest ciekawski - zapraszam do obejrzenia!


Ptysiu dostał legowisko moich marzeń i zachwytu, czyli.. Studnie! Legowisko z ortopedyczną pianką VISCO.
Na wstępie zaznaczę ważną rzecz. Ptyś jest księciem. On nie śpi na byle czym i gdy jego kołderka(tak, ma własną kołderkę, poduszkę i pościel :D) się zawinie - on się już na tym nie położy. Gdy wyciągałam mu legowisko z klatki - on stwierdzał, że jak chce to mogę sobie tam spać, a on idzie do klatki.
Dlatego rozumiecie już moje obawy, nie? 
Jakim zdziwieniem było, gdy po odpakowaniu legowisk.. Ptyś stwierdził, że on z niego nie wychodzi i tak naprawdę spacer nie jest mu potrzebny do życia.
Zacznę od tego, że legowisko jest naprawdę... OGROMNE. Jak już wspominałam na początku - wejdą do niego spokojnie 4 psy i ja.. Właśnie.. 
Tam pod kołdrą leży Ptyś :D

Jest mięciutkie, ma w środku tak zwanego "misia", który o dziwo nie mechaci się i generalnie zmienił się nieznacznie. Co więcej - legowisko nie brudzi się tak, jak brudziło nam się poprzednie z materiału. A Afgan=piaskownica. Nie jest trudno wydobyć ten piach z misia, wystarczy przejechać odkurzaczem i jest okay. Jest stonowane i estetycznie wygląda. Afgan uwielbia kłaść się wzdłuż ścianki. Jest w zupełności rozbieralne i można je prać w temperaturze 30 stopni. 

Powiem Wam szczerze, że staram się znaleźć minusy tego legowiska, ale poza ogromem, ich po prostu nie ma. Skoro Ptyś wybrał jakieś legowiska nad klatkę... to musi być naprawdę wow!


Bestia za to dostała poduche z wypełnieniem antyalergicznym do klatuni. Ma około 10cm wysokości, więc jest dość spore (ale co kto woli, ja lubię wysokie legowiska, bo będzie mięciusiooo! A ja lubię jak moim pieskom jest mięciusiooo! (dlatego śpią na łóżku)) i jest idealnie wymiarów klatki(mamy 90tke). 

Z góry ma również misia jak legowisko Ptysia i dodatkowy pas z logiem na 3/4 długości. Hige wcześniej tak średnio był za leżeniem w klatce z własnej woli, ale jak dostał legowisko to stwierdził, że jednak fajna ta klatunia, tak ciemno, tak wygodnie, tak mięciusio.
Ptyś czasem mu włazi do klatki, zwija się w kłębuszek i tam śpi, więc miękko musi być, skoro afgan godzi się na ciasne warunki dla poleżenia na legowisku(chociaż chyba nikogo, kto zna Ptysia, nie dziwi to, że lubi mieć ciasno).
Legowisko dla posiadaczy szczeniaczków ma jedną wadę. Hige kocha wygryzać wszystko co wystaje. Nawet o milimetr. Dlatego, gdy wyjechałam na dwa dni, zostawiając szczeniaczka rodzicom... Logo dziwnym trafem zostało wygryzione i zjedzone. 
omnomnom logo takie dobre omnomnom


Również to legowisko jest rozbieralne i należy je prać w 30 stopniach. Warto też wspomnieć, że wypełnienie "nie uleżało się" jak to było w poprzednich legowiskach, gdzie nawet po tygodniu użytkowania było widać w którym miejscu pies leży...




STUDNIA PTYSIA
Plusy:
  • mięciutkie,
  • zaakceptowane przez Księcia,
  • każdy pies odwiedzający dom je lubi,
  • łatwo je rozebrać i wyprać,
  • estetyczne, w stonowanych kolorach,
  • wysokie(ścianki mają 40cm wysokości),
  • nie łapie tak brudu.
Minusy: 
  • brak? 

Poducha Hicza
Plusy:
  • idealnie dopasowane,
  • mięciutkie,
  • Książę poświęcił godność, by na nim leżeć,
  • ładnie wykonane, 
  • mam ochotę zabrać ją i używać jako własną poduszkę,
  • całkowicie rozbieralne,
  • wypełnienie nie uleżało się.
Minusy:
  • wystające logo kusi, by je zjeść,
Czy polecam? Jak najbardziej. Miłe dla oka, mięciutkie, łatwe w czyszczeniu, psy je lubią. Czego chcieć więcej?
Ach! No tak! Dodam jeszcze, że razem z legowiskami firma dała nam... 


Gryzaki! Jeden duży dla Ptysia, a drugi mniejszy dla Hige. O dziwo jeszcze przetrwały i mają się naprawdę dobrze! Są dość twarde. Super gratis! 💓
Jedyne co, to trzeba się zastanowić przy doborze legowiska dla szczeniaczka, który lubi siać zamęt i zniszczenie.

czwartek, 12 listopada 2015

Eksmitujemy Miszę ;)

    Cześć! Razem z Miszą wyprowadzamy się z Ptysiowego bloga i od dzisiaj oddaję go w ręce Spirali - mojej siostry (stara, zmień pseudonim, bo nie mogę przestać dopowiadać sobie "antykoncepcyjna" ilekroć czytam twój nick... :D). Plan taki kwitł w mojej głowie już od dawna. Blog Ptysiowy został założony głównie po to, żeby opowiadać losy Ptysia :) I jakoś "dziwnie" się tu czułam wprowadzając co i rusz na afgańskie rewiry owczarkowe wątki.
    Więc postanowiłam eksmitować Miszę z tego miejsca. Przeprowadziłyśmy się niedaleko, bo w zasadzie ciągle na blogspota. Jeżeli chcesz być na bieżąco z nieogarniętym psem i jego jeszcze bardziej nieogarniętą właścicielką - zapraszam na Dzikie Nieogary :)



http://dzikienieogary.blogspot.com

http://annap-artwork.deviantart.com/
     Dziękuję Wam też za to, że towarzyszyliście mi, dzieliliście się swoimi historiami i spostrzeżeniami przez tyle lat na ptysiowym blogu. :) Widzimy się na Nieogarach :) I oczywiście - nie uciekajcie mi stąd - wszak Spirala (Anty... yyy... ok. Nie będę...) i Ptyś zostają!

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Baskerville Ultra Muzzle - Hot or Not?

     Tydzień temu trafił pod mój dach Baskerville Ultra Muzzle. Dziś - po lekkim tuningu i przetestowaniu go w dość hardcorowych warunkach - postanowiłam napisać o nim kilka słów. A nóż ktoś się zastanawia czy się na niego skusić i szuka wskazówek? Będzie krótko i do rzeczy :)




Dlaczego wybrałam Baskerville?Powód był tylko jeden - dodatkowe zabezpieczenia przed ściągnięciem kagańca. Nic do rzeczy nie miało, że jest on "fizjologiczny", gumowy czy podatny na tuning.
Miał być nieściągalny dla psa, który ściąga prędzej czy później każdy jeden kaganiec.

Dlaczego nie wybrałabym go ponownie?
Baskerville tak sprawdza się jako kaganiec dla psa, narzędzie prewencyjne, jak żaba jako pilot jumbo jeta. Kaganiec ma spełniać JEDNĄ funkcję - nie pozwalać psu używać zębów - czy to do gryzienia innych psów/ludzi czy to do zżerania czegokolwiek z najbliższej psiemu pyskowi okolicy. Jak to wygląda w praktyce?
Ano tak, że jeżeli się uprze to uszczypnie. Do zjadania - czy to kromek chleba czy mikrosmakołyków w zasadzie nie potrzebuje się specjalnie upierać ani wysilać - upadła ci karma? Luz, podniosę. Skórka od chleba? Nie ma sprawy, człowiek, wezmę. Kiełbasa? Szyneczka? Kupa? Zjedzone. Ogarnięte. Wciągnięte.
Mimo, że powyższe jest dla mnie największym bublem tego produktu, sprzedawanego w końcu jako KAGANIEC, są też inne - między innymi rozmiarówka.
O ile na mojego psa nie miałam większych problemów ze znalezieniem rozmiaru to ograniczona rozmiarówka ogółem sprawia problem wielu psiarzom - ciężko znaleźć idealnego Baskervilla - na długość... i na szerokość. Nie wiem czy wynika to z dezinformacji producenta (nasz niby powinien być na psa, który ma pysk 11.5cm - Misza ma jakieś 9...) czy z innych powodów.
Dodatkowo - taki na przykład chopo jest na tyle plastyczny by można go było kilka centymetrów zwęzić lub rozszerzyć. A Baskerville nie. Baskervilla można ewentualnie... ugotować. Nie wiem czy to działa. Nie próbowałam.
Dodatkowym czynnikiem "na nie" jest CENA - Baskerville w rozmiarze 4(Misza, pitt bull i im podobne) kosztuje ok. 55-80zł w zależności od sklepu. Cena totalnie nieadekwatna do skuteczności produktu.
I moje ostatnie już "małe ale"... KOLOR. Do dyspozycji mamy uniwersalną czerń lub błękit, który wygląda jak wyblakłe na słońcu wymiociny smerfa(czytaj: nie podoba mi się BARDZO).


A może jednak bym wzięła?
 Pomimo tych wszystkich wad, które sprawiają, że mój rozum krzyczy "nigdy więcej", jest też kilka zalet, które rozkazują mu przemyśleć decyzję raz jeszcze.
Przede wszystkim materiał(podobno guma), z którego wykonany jest Baskerville Ultra Muzzle jest niezwykle lekki i jak na gumę - NIE śmierdzi. Miało to dla mnie znaczenie, jako że w kagańcu Miszon miała biegać, głównie przy rowerze, ale także puszczona luzem podczas przejazdów przez parki, wały i inne czasami odludne miejsca. Kaganiec nie mógł być więc małym hantelkiem i nie powinien był stanowić dodatkowego zbędnego obciążenia dla psa.
Skoro już przy bieganiu jesteśmy, kolejna ważna rzecz - Baskerville nie podskakuje jak dziki na pysku psa podczas galopu czy cwału. Trzyma się stabilnie na swoim miejscu i nie przesuwa.
Ze względu na swoją budowę pozwala też zwierzakowi otworzyć pysk - ziajanie, picie i jedzenie nie sprawia psu większego problemu.
To w czym się zakochałam to paski - miękkie, elastyczne. Pasek zapinany na głowie ma dziurki od początku do samego końca, więc można go regulować jak tylko dusza zapragnie i nie trzeba nic samemu dorabiać. Kaganiec jest nieściągalny - można przyczepić go do obroży, więc nawet najbardziej upierdliwy pies nie będzie w stanie sobie z nim poradzić w napadzie buntu.
Drugie rozwiązanie stanowiące - moim zdaniem - o sukcesie Baskervilla to odsłonięty psi nos. Kaganiec dotyka psiego pyska w zasadzie tylko w jednym miejscu a psi nos jest wolny. Osobiście nie wyobrażam sobie okularów dotykających moich powiek albo gałek ocznych(jak to musiałoby irytować!) więc domyślam się, że dla psa kaganiec niedotykający tak ważnej części ciała jaką jest nos jest po prostu zbawieniem :)
I w końcu - przyzwyczajenie się do kagańca zajęło Miszy dwie lub trzy sesje. Uważam, że to niezwykle prędko jak na tak odpornego na ograniczanie wolności psa.

Dodatki i udziwnienia.

Baskerville - pobrudzony, popasztecony = pospacerowy.

Góra również udziwniona.


Jak już pisałam w poprzedniej notce - Baskervilla można odpicować. Nie mam tutaj na myśli jednak nadania mu tylko modnego kolorku, ale głównie przystosowania go do roli jaką powinien pełnić - do bycia narzędziem, które powstrzyma psa przed żarciem kupy i resztek wyrzucanych przez ludzi na trawniki. W Internecie można znaleźć mnóstwo rozwiązań tego problemu - głównie jakieś wstawki - plastki, skóra, gruby materiał.
Ja jakoś przypomniałam sobie jak "cudownie" zimą oddycha się w kurtkę i postanowiłam postawić na coś przewiewnego... na włóczkę.
Rozwiązanie jak dla mnie bardzo dobre - Miszon nie wdycha wypuszczanego przez siebie gorącego powietrza, nie robi sobie "szklarni", a jednocześnie może przez kaganiec pić. Dodatkowo, w tramwaju tak zabudowany przód robił nam za Ultra Konga - wsmarowałam tam pół puszki pasztetu i przez kolejne dziesięć minut pies uznał, że wydłubanie stamtąd mielonego produktu mięsopodobnego jest jej misją życiową.
Okay. Jakie są wady? Po wcieraniu w kaganiec pasztetu, lub po nachalnej próbie podniesienia świeżej kupy włóczkę trzeba wyciąć i wymienić.
Normalnie natomiast, kiedy ubrudzi się ziemią wystarczy ją zwyczajnie przeprać i wysuszyć.



Podsumowując
Pies traktowany w taki sposób w jaki powinno
 się go traktować wg. 90% napotkanych w parkach matek
:D
 Lol.
Jako kaganiec do komunikacji miejskiej dla psa, który w niej nie śpi - wyglądający lepiej niż halter, lżejszy niż chopo i pozwalający na więcej niż kagańce oferowane normalnie w sklepach zoologicznych - nadaje się bez zastrzeżeń. Mam wątpliwości co do dłuższych podróży, uważam, że jest upierdliwy - pies położy głowę - kaganiec się podnosi... Osobiście w podróż, w której wymaga się ode mnie kagańca a w której Miszon miałaby spać - preferuję kaganiec weterynaryjny. Zanim zaczniecie strzelać z dupy - ruszyć proszę głową i uświadomić sobie - kaganiec większy o jakiś rozmiar lub dwa.
Jeżeli jednak Baskerville ma być kagańcem przez wielkie "k" - takim, który ma uratować Twojemu żrącemu wszystko psu życie w konfrontacji pies - truciciel - poszukaj czegoś lepszego albo postaw na tuning.
Niestety, bez niego ani rusz.

środa, 15 kwietnia 2015

Pimp My Baskerville! czyli Kolorowy Kaganiec DIY :)


    Dziś na szybko :) Kto czyta fanpejdża Miszy ten wie, że Owczar notorycznie dokarmia się witaminą G(jak gówno - szama równo #sucharDnia :D), ale nie tylko. Zdarzyło jej się już odkurzać rozrzucony chleb, makaron z czterema rodzajami pleśni z (chyba) serem czy poświąteczne rozrzucone "dla ptaszków" wypieki. Zawąchuje się też od czasu do czasu nad wywalonymi gdzieś kośćmi, szyneczkami czy kiełbaskami. Niestety mimo intensywnego wałkowania opanowania emocji, rezygnowania z żarcia takich rarytasów i wypluwania na komendę od czasu do czasu i bardzo nieregularnie zdarza jej się jednak coś sprzątnąć olewając moje PLUJ! i uciekając jakby gonił ją podstarzały autobus linii 113. Nigdy na smyczy, zawsze na luzie.
     No ok, psa nie zmienię. Mogłabym wałkować z nią to dalej, klikając, nagradzając i pacając po główce za dobry wybór, jednak mam wrażenie, że byłaby to dla nas loteria - bo kto wie czy znowu nie zaprzestanie na 4-5 miesięcy jedzenia śmieci, aby potem jednak na coś się skusić? Na coś z gwoździem, szkłem, pinezką, szpilką czy trutką? Nie stać mnie finansowo ani emocjonalnie na takie ryzyko, więc postanowiłam zainwestować. W moim wypadku inwestycja to albo obroża elektryczna albo kaganiec. W związku z bólem dupy środowisk psich na sam skrót OE, moją niechęć do tłumaczenia się komukolwiek z czegokolwiek(szczególnie tym od szkolenia pozytywnego) i - co najważniejsze - niedobór finansowy, postawiłam na kaganiec.
     Wybór był dla mnie banalny - Baskerville Ultra Muzzle. Dlaczego? Ano dlatego, że chopo jest psim hantelkiem do wyrabiania mięśni karku i banalnie łatwo byłoby go zdjąć mojemu psu. Ze względu na drugi czynnik odpadły też praktycznie wszystkie kagańce proponowane przez sklepy zoologiczne. Misza jest mistrzynią uwalniania się z kraty - ma taki kształt głowy, który jest wręcz stworzony do wymykania się z wszelakich pasków. Ok, zatem - Baskerville.
     Kupując tą kratę gotowa byłam do tego, że będzie wymagała pewnych przeróbek. Przede wszystkim w niedalekiej przyszłości dół musi zostać odrobinę bardziej zabudowany, na nosie wyląduje coś miękkiego, ale zanim to się stanie postanowiłam zmienić ogólny wygląd kagańca.
W przeciwieństwie do wielu użytkowników krat nie chcę, żeby mój pies budził niepokój innych użytkowników ścieżek parkowych lub rowerowych. Miszon zjada kupy a nie ludzi i niech tak zostanie. Owczarek, wrazliwa na mowę ciała... bardzo często boi się ludzi, którzy okazują jej strach lub niechęć. A jak się boi to albo schizuje... albo oszczekuje.
     Wobec tego kratę trzeba było zmienić na trochę bardziej People - Friendly :) Dodatkowo dochodzi aspekt Mojego Wewnętrznego Estety. Niby ten Baskerville fajny, ale jednak paskudny i wstrętny. Dodatkowo - nie lubię mieć rzeczy takich jak mają wszyscy... Więc trzeba to było zmienić.
Jak? Ano potrzebne nam były trzy rzeczy - kaganiec Baskerville rozm. 4(na pitt bulla :D!), nożyczki i duuużo rożowej taśmy klejącej (kto zamawiał u mnie rysunek w ciągu ostatnich 8 miesięcy ten doskonale zna wzorek :D).
Co z tym robić chyba nie muszę dłużej tłumaczyć. Kaganiec obklejamy zwracając uwagę na kilka kwestii, przede wszystkim: nie zostawiamy ostrych krawędzi od wewnętrznej strony kagańca, staramy się tak wykańczać pojedyncze pasma, żeby ich zakończenie było od zewnątrz i... no cóż, dobrze się bawimy?
Jeżeli ktoś ma wątpliwości czy taśma nie będzie obcierać psiego pyska - po prostu nie zaklejać góry. Mi to w sumie było obojętne, bo i tak góra będzie odpowiednio dostosowana :)
Jakieś 1.5-2h później kaganiec wyglądał tak.
Dodatkową zaletą tego ulepszenia jest fakt, że nawet jeśli gdzieś mi wypadnie, albo Misza wykombinuje jak go zdjąć(chociaż na razie wydaje się, że go kocha :)) to łatwo będzie go namierzyć - czy to na ziemi czy w trawie :)
No to co? To do roboty :)
Przydatne linki: Jak nauczyć psa żyć z kagańcem PL || EN
Hejty proszę słać na: mamtowdupie@gmail.com
Inne ulepszone Baskerville z The Muzzle Up! Project :)

wtorek, 31 marca 2015

Straszne staruszki czyli o SMS


Stare psy są skarbem na końcu tęczy.
Czy jakoś tak.
     Jeszcze nie tak dawno temu Internet huczał niczym Pan Sowa z Kubusia Puchatka radosnym "UHUHUHUHU" na widok dziesiątek zdjęć słodkich szczeniaczków wyskakujących praktycznie we wszystkich social mediach od Instagrama, przez Twittera po - oczywiście - Facebooka. Polska dzień po amerykańskim Narodowym Dniu Szczeniaka(National Puppy Day) zorganizowała swój własny - i tak oto newsfeedy zalewane były od wczesnego rana do późnego wieczora zdjęciami wielkookich kulek wszelkich kolorów, rozmiarów i kształtów.
     Słodko.
     Czy możemy teraz, po ochłonięciu od szczeniaczków, ze swoimi dorosłymi, dojrzałymi psami skupić się na innej stronie medalu? Tej, która czeka niedługo nasze psy, tej, która czeka i szczeniaczki. Bez zbędnych wstępów - porozmawiajmy o psach starych i Genialnym pomyśle, na który wpadło Zielonogórskie Schronisko Dla Bezdomnych Zwierząt. Panie i Panowie - czapki z głów!
     Zastanawialiście się czasami jakie są przyczyny niskiej adopcyjności psów starych? Ja się zastanawiałam, gdy sama planowałam adoptować psa. Staruszek chodził mi po głowie, jako że w naszym(i w wielu innych) schronisku jest tych biedactw zatrzęsienie. Stare psy są oddawane, porzucane, przywożone do schroniska po śmierci ich równie leciwych właścicieli, czasami taki stary pies "dojrzewa" od szczeniaka w schronisku. Ich życie ssie, bo często wymagają specjalistycznej opieki i warunków lepszych niż może zapewnić schronisko.
     I jak chodził po głowie tak wyszedł z niej niechętnie. O ile trybem życia jestem w stanie dopasować się do starszego psa, żaden problem to dla mnie zamiast na frisbee iść na dłuższy spacer albo zamiast na dłuższy spacer iść po prostu pod blok na 15-30 minut, bo dziś reumatyzm ciśnie kości. Jednak leczenie takiego psa byłoby problemem. Starsze psy, jak i starsi ludzie i każde inne starsze istoty, mają tendencję do podupadania na zdrowiu. Już pal licho jakieś osłabione odporności, ale przewlekle chore serce, trzustka, wątroba, nerka(albo dwie!), stawy czy skóra przerosłyby mnie finansowo w ciągu jednej wizyty weterynaryjnej.
Logo akcji.
     Zielonogórzanie też na to wpadli. I chwała im. Stworzono tam akcję SMS - Wyślij Szukającego Miłości Staruszka do domu. O co chodzi? Właśnie o zlikwidowanie takiej bariery jaką są finanse - żeby nie one stanowiły o naszej decyzji. Schronisko pomaga nie tylko w zakupi wyprawki dla siwego dziadka czy babuszki, ale przede wszystkim - pomaga w leczeniu. Żeby ta trzustka, wątroba, serce, nerka, płuco, ucho czy stawy nie były wymówką. Akcja ma zachęcić do adopcji psów starszych - im na prawdę niewiele zostało, schronisko robi więc co może by to "niewiele" spędziły na kanapie, ze swoimi ludźmi, nie zaś w boksie, jako numerek ewidencyjny, wyprowadzane tylko podczas wizyt wolontariatu. Jak piszą na swoim blogu:
Jak ktoś będzie chciał adoptować psiura, który jest wpisany na listę tych uprryw... uwyprzy... u p r z y w i l e j o w a n y c h... to schronisko pomoże w kupnie posłanka, miseczek, obróżki, szeleczek, smyczki, piłeczki, wszystkiego, co jest niezbędne, żeby czworonoga już dzisiaj zabrać do domu! Do tego, jeśli psiur przyjmuje jakieś tabletki, proszki i inne paskudztwa - to dostanie zapas tego wszystkiego na jakiś czas. I to nie wszystko jeszcze! Najważniejsze jest to, że schronisko pomaga w leczeniu tych chorób staruszkowych! Czyli nie może być wymówką, że "eee Sonia to ma problemy z wątrobą... aaaaale Łatek musi brać coś na stawy...", bo nasi pomogą!
     Pisząc o tej akcji nie mogę nie napisać, że akcją objęte są tylko wybrane psy. Nie ma się czemu dziwić i na co jęczeć - ważne, że jest ich tak wiele :) W poście na blogu, do którego link znajdziecie na końcu notki opisano część z psiaków. Po pełną listę odsyłam Was do kontaktu ze schroniskiem :)
     Nie taka starość straszna :) 

wtorek, 10 marca 2015

Nie wiedziałam jaki dać tytuł notki, żeby był bez zbędnego patosu. :D

     Dziś mijają dwa lata odkąd wyprowadziłam na spacer w schronisku Miszcza. Psa, którego jeszcze wtedy nawet nie planowałam adoptować. Dziś więc pora na refleksję zapoczątkowaną przez ostatnie dni, ilość obowiązków do wypełnienia i deficyt snu: jak czworonogi zmieniają nasze życie? Generalnie - nie ujmując Wam niczego - czasami ciężko te zmiany zauważyć, gdy pies jest z nami "od zawsze". Dlatego, jako że  pies jest ze mną "od niedawna" a wcześniej żyłam w bezpsim domu, postanowiłam zastanowić się nad tym głębiej i podzielić spostrzeżeniami.
Do wszystkich rodziców: uwaga, tekst może zapoczątkować rozważanie decyzji o sprowadzeniu futra do domu. Przed przeczytaniem zapoznaj się z psimi potrzebami lub skonsultuj się od razu z hodowcą lub najbliższym schroniskiem. ^^
     Notka ta rodził mi się w głowie już dwa miesiące po adopcji Miszy i wtedy też została zapisana na blogspocie jako "wersja robocza". Tak "na hurra" stwierdziłam, że moje życie obróciło się o 180 stopni i jest w ogóle takie wspaniałe teraz z Owczarem, ale wiadomo - dobra recenzja to taka, która testuje coś dłużej by rzetelnie oddać cechy "produktu". Postanowiłam zatem poczekać. Zrobiłam bardzo dobrze "testując" naszą więź i wzajemne oddziaływanie przez okres czasu większy niż dwa miesiące. I uwaga - będzie egoistycznie. Nie o Miszy czy Ptyśku dzisiaj tylko O MNIE.



1. Kondycja fizyczna.
Jeśli chcesz być grubasem z tłuszczem przelewającym się przez krzesło, któremu konduktor każe kupować bilet za bagaż podręczny(albo drugie miejsce w pociągu) to nie bierz psa. Pies zrujnuje twoje ambitne plany.
Pewnie. Można mieć psa i MIEĆ psa. Można wyprowadzać go całe życie dookoła bloku a można wyprowadzać na spacery po trzy godziny dziennie i mieć wyrzuty sumienia - że za krótki, mało urozmaicony i mogło być lepiej.
Na tej skali jestem gdzieś pośrodku. Przed tym jak Misza zawitała do mojego domu na prawdę masę czasu spędzałam zamknięta w czterech ścianach. Mam naturę skłaniającą się bardziej ku introwertycznej, towarzystwo ludzi na dłuższą metę mnie mierzi, zatem unikałam go jak tylko mogłam i spędzałam czas sama ze sobą, książkami, rysunkami, nauką i oczywiście Internetem. W związku z takim trybem życia trochę(he he) mi się utyło, czułam się paskudnie, ale wyjść z domu dla samego spaceru? Myśl była okropna. Przecież tam są ludzie :D Oni się patrzą, chrząkają i dziwnie pachną :D
Owczarek nie zmieniła tego podejścia raptownie, ale zdecydowanie wychodzenie z domu stało się przyjemniejsze. Osobiście twierdzę, że spacery z psem to najprzyjemniejszy element naszego wspólnego życia - nie ważne czy deszcz czy śnieg czy zawierucha - wychodzimy tak samo chętnie.
Misza zanim do mnie przekoczowała półtora roku w schroniskowym boksie wychodząc głównie wtedy kiedy wyprowadzali ją wolontariusze Stowarzyszenia "Aport" albo Niezrzeszona Ja :)
Nie dziwi zatem, że każdy spacer - po dziś dzień - traktuje jak swoistą gwiazdkę z nieba i cieszy się nim jakby miała zostać znowu zamknięta na kilka dni :) I właśnie ten entuzjazm jest po ludzku zaraźliwy :)
Pomijam już fakt, że żrę mniej, bo nie mam czasu(albo pieniędzy, bo przecież nowa piłka się sama nie kupi, heloł) i chodzę więcej, żeby wybiegać burka(ktoś tą piłkę musi rzucać. Ktoś musi ją wyciągać z krzaków pół kilometra od ścieżki spacerowej). Poskutkowało to utratą trzynastu kilo(!!!) w zasadzie bez katowania się dietą(chyba, że czekoladowo-pączkowo-alkoholową :D) i bez zwracania uwagi na to, żeby tego nie jeść, tu poćwiczyć - samo się zrobiło! :)

2. Nastawienie do innych ludzi.
Jak jesteś aspołęcznym matołem - weź brzydkiego psa. Lub tak samo aspołecznego jak ty sam. W przeciwnym razie wzięcie pod swój dach czworonoga grozi socjalizacją... twoją!

Podczas spacerów - i podróży - spotykałyśmy masę ludzi, którzy byli niesamowicie życzliwi. Jest coś takiego w naszym społeczeństwie, że jak jesteś psiarzem to jedyne chamstwo jakie może cię spotkać na spacerze wychodzi w porażającej ilości przypadków albo od innych psiarzy albo od matek z dziećmi(takie jest MOJE doświadczenie). Ludzie bojący się psów są tutaj ułamkiem procentu - każdy taki napotkany przez nas przypadek zazwyczaj uprzejmie prosił, żeby psa zabrać i nie podchodzić z nim. Słowo klucz: UPRZEJMIE. Natomiast psiarze chamsko komentowali, przepełnieni jakąś niezrozumiałą dla mnie bierną agresją(frustracją) albo wygląd albo zachowanie psa. Nie powie taki człowiek nic wprost, za to cztery litery obsmaruje - albo żebyśmy słyszeli, albo za naszymi plecami.
To, co zmieniło się we mnie odkąd mam psa to to... że uodporniłam się na nieprzyjemne sytuacje, jakie mnie spotykają ze strony innych ludzi. Oni mają swoją rację, ja przeważnie mam ją w czterech literach - bo jeśli ktoś posiada jedynie wiedzę teoretyczną a sam nie ma psów ułożonych lepiej od mojego... to dlaczego mam uważać go za jakikolwiek autorytet? I jakkolwiek przejmować się jego zdaniem?
Druga sprawa - poznanie wielu życzliwych ludzi zmieniło, stopniowo, moje nastawienie do ludzkości ogółem i, z lekkim zawstydzeniem, przyznaję się, że się otworzyłam. Dalej co prawda nie kumam do końca dlaczego mam być w danej sytuacji miła, że mam nie warczeć sarkastycznie na Bogu ducha winną sierotę tylko i wyłącznie dlatego, że jest nieporadna a jej nieporadność wzbudza we mnie wewnętrzną nienawiść, co powiedzieć a czego nie człowiekowi, który właśnie wyznał mi, że umiera sobie na raka i jedzie na chemię, ale uczę się ciągle! I co więcej - mimo wszystkich chamskich sytuacji o wiele większą wagę przykładam do tych miłych, życzliwych i ciepłych istot, które spotkałam na swojej drodze odkąd mam psa, które chwilę ze mną porozmawiały, pomogły, podzieliły się swoją historią - tylko dlatego, że byłam "dziewczyną z białym psem". Po takiej ilości chamstwa i złośliwości jaka spotykała mnie zazwyczaj na co dzień to właśnie ci ludzie zaczęli mi pokazywać, że może być inaczej... Pies jest doskonałym filtrem dobrych ludzi. Nie wiem jak i dlaczego, ale tak jest. To Misza przyciąga ich do mnie i jest tematem inicjującym rozmowę.

3. Nastawienie do życia
Jak masz w planach zostanie płaczliwym emo-pesymistą, który sprawia, że w ludziach dookoła budzą się instynkty mordercy od wysłuchiwania jego problemów i czarnych scenariuszy(nie łudź się, nikt nie lubi "realistów", którzy hejtują każdy pomysł, każdy plan, wszystko) - nie bierz psa. Pies grozi optymizmem.

Jakkolwiek głupio to zabrzmi - stanęłam któregoś wieczoru przed lustrem i spojrzałam na to coś w tafli, coś spojrzało na mnie. Zmierzwiłam sobie krótkie włosy, spojrzałam w oczy.
I nie poznałam kobiety spoglądającej na mnie z drugiej strony. Zaskoczyła mnie całkowicie, zaskoczyła pozytywnie, i uświadomiła jedno - podobnie jak ja pracowałam nad nastawieniem, podejściem i osobowością mojego psa odkąd się u mnie pojawiła(i pracuję nadal) tak i mój pies pracuje nad osobowością, charakterem i nastawieniem moim. Do życia i do ludzi. Praca ta jest na jej i moich przyjaciół barkach(lol, żartowałam, nie mam przyjaciół :D), ale odwalili kawał dobrej roboty. Dalej jestem introwertycznym socjopatą, ale lepiej się maskuję :D Ponadto nauczyłam się od mojego psa, stopniowo, cieszyć się z małych rzeczy, obniżyć standardy, wyznaczać mniejsze cele, które po skumulowaniu doprowadzą mnie do większych. I co najważniejsze, w którymś momencie nauczyłam się odpowiadać na pytanie - czego chcę od życia? Pewnie - mam wątpliwości. Ale jeżeli nauczyłam się od Blondi czegokolwiek podczas tych dwóch lat z nią spędzonych to z pewnością czerpania radości z prostych codziennych czynności. Ot - słońce dzisiaj świeci, obudziłam się, żyję, oddycham, poszłam na spacer, spotkałam fajnych ludzi, dzień jest wspaniały, mam co jeść, mam rodzinę, jestem zdrowa.
To się chyba nazywa optymizm. I cieszę się, że nauczyłam się go odnajdywać po dwudziestu jeden latach pesymizmu, "realizmu" i innego "zmu" polegającego na wmawianiu sobie, że jestem beznadziejna, nie dość dobra, że moje życie jest do chrzanu, że ludzie są do chrzanu, że na świecie tyle zła, że dziś znowu ponuro na zewnątrz... ;) Przestałam hejtować wszystko w takiej skali w jakiej robiłam to wcześniej. Zaczęłam patrzeć też na problemy z wielu stron i szukać własnego punktu widzenia zamiast na ślepo przyjmować to, co ktoś powiedział, robić nagonki czy oceniać.
Przyznaję - niektórych dalej doprowadza to do szału.


4. Radzenie sobie ze stresem i porażką.
Pies to najlepszy antystres. Koniec. Kropka. Nie dyskutuj z tym.

Stres w moim życiu zawsze był kwestia problematyczną - kompletnie nie potrafiłam sobie z nim radzić, nakręcałam się, przejmowałam, wpadałam w mikropaniki, które prowadziły do nieciekawych wydarzeń. Zmiana podejścia do życia sprawiła jednak, że ze stresem radzę sobie lepiej. Przede wszystkim przez zmianę podejścia i priorytetów. Oblane kolokwium? Są drugie terminy. Oblany egzamin? To nie koniec świata. Zbliża się sesja? To tylko kilka testów, jak ich nie zdam to przecież nikt bliski mi nie umrze. Nie dostałam tej pracy? Wymyślimy coś innego.
Ogółem zrozumiałam, że szkoda mojego czasu na zadręczanie się rzeczami, na które nie mam wpływu. Dobra, zamiast tego, lepiej iść z psem na spacer. Albo spotkać się ze znajomymi.
Ten mały biały skurczybyk, będący całościowo moją porażką szkoleniową nauczył mnie też z porażkami sobie radzić... I wydobyć z siebie jakieś nadprzyrodzone pokłady poczucia humoru. Bo nie da się zadręczać kolejnym regresem w nieskończoność. W końcu w którymś momencie człowiek zaczyna się z niego śmiać... I olewa. Jak dojdę do tego momentu to dam znać! :D



5. Poznawanie nowych ludzi.
To w zasadzie temat na oddzielną notkę.
Nie lubię nowych ludzi.
Nie cierpię poznawać nowych ludzi.
Jestem uprzedzona do nowych ludzi.
Nigdy nie wiem jak się zachować przy nowych ludziach.
Nowi ludzie są DZIWNI.
A nowi psiarze nie. Nowi psiarze, których poznałam odkąd mam mojego psa są moimi ziomkami, zaklepuję i nie oddam. I możecie mi skoczyć, będę pilnowała swoich nowych zasobów i tyle. Nie wszyscy co prawda, ale większość z nich to niesamowici, ciepli ludzie, z masą życiowych historii, z masą cierpliwości, wspaniałymi psami, a także z ogromną wiedzą, którą wspaniałomyślnie się ze mną podzielili. I bezinteresownie wspierają mnie podczas walki z fobiami, lękami i schizami Miszy. I chyba tylko dzięki temu wciąż walczę.
Co więcej - mój pies jak magnes przyciąga do naszej dwójki dobrych ludzi. Nie wiem czy ludzie Ci wiedzą jaki wpływ wywierają na mnie - swoim towarzystwem, historiami, podejściem do życia, do psa, do sytuacji życiowych, słuchaniem.
Owczar ponadto sprawiła, że mieszkam tu gdzie mieszkam(cytuję osobę decyzyjną w kwestii przyznania mi miejsca w pokoju: "Jak dowiedziałam się, że masz psa od razu wiedziałam, że chcę z tobą mieszkać!") i dość szybko i bezproblemowo zaaklimatyzowałam się pośród nowych współlokatorów - wszyscy psiolubni, pies był super tematem na przełamanie lodów, szczególnie taki, który uwielbia się miiiziać :)
Ogólnie jest tak, że po tym jak człowiek skończy studia, znajdzie pracę - ma niewiele opcji na poznanie nowych ludzi.
No chyba, że jest psiarzem. Wtedy zna właścicieli psów z okolicy, właścicieli psów podobnej rasy z trzech sąsiadujących województw, współspacerowiczów parkowych... Długo by wymieniać ;)


Kto dobrnął aż tutaj - temu ciastko! I pytanie moje do Was dzisiaj - czy zastanawialiście się jak Wasz pies zmienił Wasze życie? Wyzywam Was do napisania o tym kilku słów - przynajmniej w komentarzu!

Te ładniejsze zdjęcia są autorstwa Joanny, Urszuli, Pauliny oraz Julii. Te brzydsze są moje.