Strony

wtorek, 10 marca 2015

Nie wiedziałam jaki dać tytuł notki, żeby był bez zbędnego patosu. :D

     Dziś mijają dwa lata odkąd wyprowadziłam na spacer w schronisku Miszcza. Psa, którego jeszcze wtedy nawet nie planowałam adoptować. Dziś więc pora na refleksję zapoczątkowaną przez ostatnie dni, ilość obowiązków do wypełnienia i deficyt snu: jak czworonogi zmieniają nasze życie? Generalnie - nie ujmując Wam niczego - czasami ciężko te zmiany zauważyć, gdy pies jest z nami "od zawsze". Dlatego, jako że  pies jest ze mną "od niedawna" a wcześniej żyłam w bezpsim domu, postanowiłam zastanowić się nad tym głębiej i podzielić spostrzeżeniami.
Do wszystkich rodziców: uwaga, tekst może zapoczątkować rozważanie decyzji o sprowadzeniu futra do domu. Przed przeczytaniem zapoznaj się z psimi potrzebami lub skonsultuj się od razu z hodowcą lub najbliższym schroniskiem. ^^
     Notka ta rodził mi się w głowie już dwa miesiące po adopcji Miszy i wtedy też została zapisana na blogspocie jako "wersja robocza". Tak "na hurra" stwierdziłam, że moje życie obróciło się o 180 stopni i jest w ogóle takie wspaniałe teraz z Owczarem, ale wiadomo - dobra recenzja to taka, która testuje coś dłużej by rzetelnie oddać cechy "produktu". Postanowiłam zatem poczekać. Zrobiłam bardzo dobrze "testując" naszą więź i wzajemne oddziaływanie przez okres czasu większy niż dwa miesiące. I uwaga - będzie egoistycznie. Nie o Miszy czy Ptyśku dzisiaj tylko O MNIE.



1. Kondycja fizyczna.
Jeśli chcesz być grubasem z tłuszczem przelewającym się przez krzesło, któremu konduktor każe kupować bilet za bagaż podręczny(albo drugie miejsce w pociągu) to nie bierz psa. Pies zrujnuje twoje ambitne plany.
Pewnie. Można mieć psa i MIEĆ psa. Można wyprowadzać go całe życie dookoła bloku a można wyprowadzać na spacery po trzy godziny dziennie i mieć wyrzuty sumienia - że za krótki, mało urozmaicony i mogło być lepiej.
Na tej skali jestem gdzieś pośrodku. Przed tym jak Misza zawitała do mojego domu na prawdę masę czasu spędzałam zamknięta w czterech ścianach. Mam naturę skłaniającą się bardziej ku introwertycznej, towarzystwo ludzi na dłuższą metę mnie mierzi, zatem unikałam go jak tylko mogłam i spędzałam czas sama ze sobą, książkami, rysunkami, nauką i oczywiście Internetem. W związku z takim trybem życia trochę(he he) mi się utyło, czułam się paskudnie, ale wyjść z domu dla samego spaceru? Myśl była okropna. Przecież tam są ludzie :D Oni się patrzą, chrząkają i dziwnie pachną :D
Owczarek nie zmieniła tego podejścia raptownie, ale zdecydowanie wychodzenie z domu stało się przyjemniejsze. Osobiście twierdzę, że spacery z psem to najprzyjemniejszy element naszego wspólnego życia - nie ważne czy deszcz czy śnieg czy zawierucha - wychodzimy tak samo chętnie.
Misza zanim do mnie przekoczowała półtora roku w schroniskowym boksie wychodząc głównie wtedy kiedy wyprowadzali ją wolontariusze Stowarzyszenia "Aport" albo Niezrzeszona Ja :)
Nie dziwi zatem, że każdy spacer - po dziś dzień - traktuje jak swoistą gwiazdkę z nieba i cieszy się nim jakby miała zostać znowu zamknięta na kilka dni :) I właśnie ten entuzjazm jest po ludzku zaraźliwy :)
Pomijam już fakt, że żrę mniej, bo nie mam czasu(albo pieniędzy, bo przecież nowa piłka się sama nie kupi, heloł) i chodzę więcej, żeby wybiegać burka(ktoś tą piłkę musi rzucać. Ktoś musi ją wyciągać z krzaków pół kilometra od ścieżki spacerowej). Poskutkowało to utratą trzynastu kilo(!!!) w zasadzie bez katowania się dietą(chyba, że czekoladowo-pączkowo-alkoholową :D) i bez zwracania uwagi na to, żeby tego nie jeść, tu poćwiczyć - samo się zrobiło! :)

2. Nastawienie do innych ludzi.
Jak jesteś aspołęcznym matołem - weź brzydkiego psa. Lub tak samo aspołecznego jak ty sam. W przeciwnym razie wzięcie pod swój dach czworonoga grozi socjalizacją... twoją!

Podczas spacerów - i podróży - spotykałyśmy masę ludzi, którzy byli niesamowicie życzliwi. Jest coś takiego w naszym społeczeństwie, że jak jesteś psiarzem to jedyne chamstwo jakie może cię spotkać na spacerze wychodzi w porażającej ilości przypadków albo od innych psiarzy albo od matek z dziećmi(takie jest MOJE doświadczenie). Ludzie bojący się psów są tutaj ułamkiem procentu - każdy taki napotkany przez nas przypadek zazwyczaj uprzejmie prosił, żeby psa zabrać i nie podchodzić z nim. Słowo klucz: UPRZEJMIE. Natomiast psiarze chamsko komentowali, przepełnieni jakąś niezrozumiałą dla mnie bierną agresją(frustracją) albo wygląd albo zachowanie psa. Nie powie taki człowiek nic wprost, za to cztery litery obsmaruje - albo żebyśmy słyszeli, albo za naszymi plecami.
To, co zmieniło się we mnie odkąd mam psa to to... że uodporniłam się na nieprzyjemne sytuacje, jakie mnie spotykają ze strony innych ludzi. Oni mają swoją rację, ja przeważnie mam ją w czterech literach - bo jeśli ktoś posiada jedynie wiedzę teoretyczną a sam nie ma psów ułożonych lepiej od mojego... to dlaczego mam uważać go za jakikolwiek autorytet? I jakkolwiek przejmować się jego zdaniem?
Druga sprawa - poznanie wielu życzliwych ludzi zmieniło, stopniowo, moje nastawienie do ludzkości ogółem i, z lekkim zawstydzeniem, przyznaję się, że się otworzyłam. Dalej co prawda nie kumam do końca dlaczego mam być w danej sytuacji miła, że mam nie warczeć sarkastycznie na Bogu ducha winną sierotę tylko i wyłącznie dlatego, że jest nieporadna a jej nieporadność wzbudza we mnie wewnętrzną nienawiść, co powiedzieć a czego nie człowiekowi, który właśnie wyznał mi, że umiera sobie na raka i jedzie na chemię, ale uczę się ciągle! I co więcej - mimo wszystkich chamskich sytuacji o wiele większą wagę przykładam do tych miłych, życzliwych i ciepłych istot, które spotkałam na swojej drodze odkąd mam psa, które chwilę ze mną porozmawiały, pomogły, podzieliły się swoją historią - tylko dlatego, że byłam "dziewczyną z białym psem". Po takiej ilości chamstwa i złośliwości jaka spotykała mnie zazwyczaj na co dzień to właśnie ci ludzie zaczęli mi pokazywać, że może być inaczej... Pies jest doskonałym filtrem dobrych ludzi. Nie wiem jak i dlaczego, ale tak jest. To Misza przyciąga ich do mnie i jest tematem inicjującym rozmowę.

3. Nastawienie do życia
Jak masz w planach zostanie płaczliwym emo-pesymistą, który sprawia, że w ludziach dookoła budzą się instynkty mordercy od wysłuchiwania jego problemów i czarnych scenariuszy(nie łudź się, nikt nie lubi "realistów", którzy hejtują każdy pomysł, każdy plan, wszystko) - nie bierz psa. Pies grozi optymizmem.

Jakkolwiek głupio to zabrzmi - stanęłam któregoś wieczoru przed lustrem i spojrzałam na to coś w tafli, coś spojrzało na mnie. Zmierzwiłam sobie krótkie włosy, spojrzałam w oczy.
I nie poznałam kobiety spoglądającej na mnie z drugiej strony. Zaskoczyła mnie całkowicie, zaskoczyła pozytywnie, i uświadomiła jedno - podobnie jak ja pracowałam nad nastawieniem, podejściem i osobowością mojego psa odkąd się u mnie pojawiła(i pracuję nadal) tak i mój pies pracuje nad osobowością, charakterem i nastawieniem moim. Do życia i do ludzi. Praca ta jest na jej i moich przyjaciół barkach(lol, żartowałam, nie mam przyjaciół :D), ale odwalili kawał dobrej roboty. Dalej jestem introwertycznym socjopatą, ale lepiej się maskuję :D Ponadto nauczyłam się od mojego psa, stopniowo, cieszyć się z małych rzeczy, obniżyć standardy, wyznaczać mniejsze cele, które po skumulowaniu doprowadzą mnie do większych. I co najważniejsze, w którymś momencie nauczyłam się odpowiadać na pytanie - czego chcę od życia? Pewnie - mam wątpliwości. Ale jeżeli nauczyłam się od Blondi czegokolwiek podczas tych dwóch lat z nią spędzonych to z pewnością czerpania radości z prostych codziennych czynności. Ot - słońce dzisiaj świeci, obudziłam się, żyję, oddycham, poszłam na spacer, spotkałam fajnych ludzi, dzień jest wspaniały, mam co jeść, mam rodzinę, jestem zdrowa.
To się chyba nazywa optymizm. I cieszę się, że nauczyłam się go odnajdywać po dwudziestu jeden latach pesymizmu, "realizmu" i innego "zmu" polegającego na wmawianiu sobie, że jestem beznadziejna, nie dość dobra, że moje życie jest do chrzanu, że ludzie są do chrzanu, że na świecie tyle zła, że dziś znowu ponuro na zewnątrz... ;) Przestałam hejtować wszystko w takiej skali w jakiej robiłam to wcześniej. Zaczęłam patrzeć też na problemy z wielu stron i szukać własnego punktu widzenia zamiast na ślepo przyjmować to, co ktoś powiedział, robić nagonki czy oceniać.
Przyznaję - niektórych dalej doprowadza to do szału.


4. Radzenie sobie ze stresem i porażką.
Pies to najlepszy antystres. Koniec. Kropka. Nie dyskutuj z tym.

Stres w moim życiu zawsze był kwestia problematyczną - kompletnie nie potrafiłam sobie z nim radzić, nakręcałam się, przejmowałam, wpadałam w mikropaniki, które prowadziły do nieciekawych wydarzeń. Zmiana podejścia do życia sprawiła jednak, że ze stresem radzę sobie lepiej. Przede wszystkim przez zmianę podejścia i priorytetów. Oblane kolokwium? Są drugie terminy. Oblany egzamin? To nie koniec świata. Zbliża się sesja? To tylko kilka testów, jak ich nie zdam to przecież nikt bliski mi nie umrze. Nie dostałam tej pracy? Wymyślimy coś innego.
Ogółem zrozumiałam, że szkoda mojego czasu na zadręczanie się rzeczami, na które nie mam wpływu. Dobra, zamiast tego, lepiej iść z psem na spacer. Albo spotkać się ze znajomymi.
Ten mały biały skurczybyk, będący całościowo moją porażką szkoleniową nauczył mnie też z porażkami sobie radzić... I wydobyć z siebie jakieś nadprzyrodzone pokłady poczucia humoru. Bo nie da się zadręczać kolejnym regresem w nieskończoność. W końcu w którymś momencie człowiek zaczyna się z niego śmiać... I olewa. Jak dojdę do tego momentu to dam znać! :D



5. Poznawanie nowych ludzi.
To w zasadzie temat na oddzielną notkę.
Nie lubię nowych ludzi.
Nie cierpię poznawać nowych ludzi.
Jestem uprzedzona do nowych ludzi.
Nigdy nie wiem jak się zachować przy nowych ludziach.
Nowi ludzie są DZIWNI.
A nowi psiarze nie. Nowi psiarze, których poznałam odkąd mam mojego psa są moimi ziomkami, zaklepuję i nie oddam. I możecie mi skoczyć, będę pilnowała swoich nowych zasobów i tyle. Nie wszyscy co prawda, ale większość z nich to niesamowici, ciepli ludzie, z masą życiowych historii, z masą cierpliwości, wspaniałymi psami, a także z ogromną wiedzą, którą wspaniałomyślnie się ze mną podzielili. I bezinteresownie wspierają mnie podczas walki z fobiami, lękami i schizami Miszy. I chyba tylko dzięki temu wciąż walczę.
Co więcej - mój pies jak magnes przyciąga do naszej dwójki dobrych ludzi. Nie wiem czy ludzie Ci wiedzą jaki wpływ wywierają na mnie - swoim towarzystwem, historiami, podejściem do życia, do psa, do sytuacji życiowych, słuchaniem.
Owczar ponadto sprawiła, że mieszkam tu gdzie mieszkam(cytuję osobę decyzyjną w kwestii przyznania mi miejsca w pokoju: "Jak dowiedziałam się, że masz psa od razu wiedziałam, że chcę z tobą mieszkać!") i dość szybko i bezproblemowo zaaklimatyzowałam się pośród nowych współlokatorów - wszyscy psiolubni, pies był super tematem na przełamanie lodów, szczególnie taki, który uwielbia się miiiziać :)
Ogólnie jest tak, że po tym jak człowiek skończy studia, znajdzie pracę - ma niewiele opcji na poznanie nowych ludzi.
No chyba, że jest psiarzem. Wtedy zna właścicieli psów z okolicy, właścicieli psów podobnej rasy z trzech sąsiadujących województw, współspacerowiczów parkowych... Długo by wymieniać ;)


Kto dobrnął aż tutaj - temu ciastko! I pytanie moje do Was dzisiaj - czy zastanawialiście się jak Wasz pies zmienił Wasze życie? Wyzywam Was do napisania o tym kilku słów - przynajmniej w komentarzu!

Te ładniejsze zdjęcia są autorstwa Joanny, Urszuli, Pauliny oraz Julii. Te brzydsze są moje.

14 komentarzy:

  1. O 180 stopni, to idealne określenie. Cieszę się, że mam swojego psa i swoich psiarzy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna notka! Długo nad nią siedziałaś?

    Ptyś zmienił moje całe życie. Ale najważniejszy aspekt, to była fobia. Pamiętam, jak wszyscy się na mnie denerwowali, że nie chce iść do sklepu, który jest 100metrów od domu. Pewnie leniwa. Nie. Ja się po prostu.. cholernie bałam.
    Jak Ptyś przyjechał - musiałam wychodzić z nim na dwór. Ale nie byłam sama. Byłam z kimś i no... to jest chart afgański - przyciaganie ludzkiej uwagi - codzienne rozmowy z ludźmi..
    Zresocjalizował mnie chłopak, po prostu! :D

    I nauczyłam się bycia cierpliwą, szukaniu własnej drogi i powstawania tam, gdzie inni dawno powiedzieliby "nie, wystarczy. Mam dość".
    Dzięki niemu poznałam ludzi z całej Polski... ba! świata!
    Z czystym sercem mogę powiedzieć, że jestem otwartą osobą.
    Pomaga mi walczyć z niezdrowym nałogiem...

    Uważam, że mogłabym wymieniać bardzo długo, dlatego podsumuję :
    Zmienił wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  3. Magda, ciacho for me! + dla terrora. Bez czekolady, dla obu.

    Krążąc kiedyś po parku i ogólnie po mieście z małym, białym, upierdliwym pieskiem myślałam głównie o socjalizacji. I chociaż wychodziłam z domu z zamiarem zsocjalizowania białego czegoś- wyszło na to, że ja zyskiwałam więcej (hej,introwertycy, łączmy się!).

    Po ponad 2 latach spędzonych razem musiałam ją zostawić. Koledż nie zaakceptował Małej Białej, sanepid czy inna organizacja od zatruwania życia stawiła silny opór. Widuję ją tylko na weekendy i bardo za nią tęsknię. Nikomu tego nie życzę, tak swoją drogą. Pies zmiana o 180, a mi chce się płakać a każdym razem kiedy ją widzę- mam wrażenie, że jest coraz bardziej rozchwiana, brakuje jej oparcia, nie może przystosować się do sytuacji i jest mi z tym cholernie źle. Mimo tego, że przez 2 lata była normalnym, acz nieco rozpuszczonym i zawziętym terrierkiem- teraz mam wrażenie, że ktoś mi wypompował psa i futerko zapełnił truskawkową galaretką. Bez cukru.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kora zmieniła bardzo wiele, co prawda i tak muszę brać leki, bo nie radzę sobie z nerwami, ale Kora była m.in. motorem napędowym do tego, żeby w ogóle zacząć się leczyć z nerwicy - mój własny pies wolał mamę od swojej Pańci - nie radziłam sobie ze szkoleniowymi porażkami... Kora nie miała ze mną łatwo, ale jest lepiej i teraz cieszę się z każdego jej postępu, nawet maluteńkiego i choć czasem i tak ponoszą mnie nerwy - Kora mi wybacza zdecydowanie szybciej niż ludzie, którzy nie rozumieją tej choroby. Kora też jej nie rozumie, ale wybacza i mogę ją opierdolić a chwilę później przytulić i wycałować i nie spojrzy na mnie, jak na debila, tylko jeszcze się ucieszy :) Zdecydowanie rozumie mnie lepiej niż ludzie (może poza jedną osobą, która przechodzi to samo). Mobilizuje mnie do ruchu, choć niezbyt intensywnego, ale chcę to zmienić, jak zacznę wracać do domu "za dnia" :D ale lepiej sobie też radzę z moim podejściem do kręgosłupa - nie mogę biegać? kij z tym (dosłownie) będę uprawiać nordic walking z psem :P a kto mi zabroni ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Też chciałabym napisać o tym jak mój pies zmienił moje życie, ale to rude wredne jest ze mną od 12 lat. Jak jej przy mnie nie było robiłam na nocnik, potykałam się o własne stopy i mówiłam pojedynczymi wyrazami.
    Tak, jestem z tych, które psy miały zawsze i będą miały na zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  6. Moje życie w zasadzie zmieniło się w momencie, w którym zaczełam świadomie podchodzić do bycia psim przewodnikiem... czyli jakieś 10 lat temu :)
    W zasadzie mogłabym się podpisać pod wszystkim co napisałaś, włącznie z aspołecznością.... :D Moi znajomi to albo psiarze, albo... psiarze :D

    Pozdrawiamy!
    Śledź też pies

    OdpowiedzUsuń
  7. Barkasik zrobił z małej, aspołecznej Ani, dorosłą, całkiem (prawie) normalną, otwartą osobę :D A więc you're right.

    OdpowiedzUsuń
  8. Pies zmienia wszystko, na lepsze :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja w sumie od zawsze miałam znajomych - psiarzy :) Ale pewno dlatego, że od zawsze mam psy (nno, od 10 roku życia :P)
    Co nie zmieniło faktu, że nadal jestem aspołeczna ( a mam wybitnie społeczny i psiarski zawód - jak żyć?:P)

    OdpowiedzUsuń
  10. Dziękuję za to, ze jednak się w tym poście otworzyłaś :) Dzięki temu sama się powoli zbieram, dzięki takim historiom zauważam, że może jest jakaś szansa dla mnie, że śmierć ojca i konieczność porzucenia pasji nie są tragedią, że może kiedyś się pozbieram, kiedyś będę w stanie korzystać z życia na tyle, by być wdzięcznym za kolejny, udany dzień. Między innymi dlatego poznaję nowych psiarzy, którzy niekiedy nieświadomie motywują, albowiem towarzystwo w gimnazjum jest zbyt rozbrykane, sama woda w głowie (przeważająca część).
    Mam nadzieję, że zmienię się, za parę miesięcy, za parę lat. Ti jest u mnie nie całe 5 miesięcy, a już dziękuję rodzicielce za to, że po paru latach proszenia, pozwoliła mi mieć mojego małego, kochanego pudlowatego. Perspektywa przejścia z nim przez życie jest cudowna. Gdy będę dorosła, gdy będę na swoim, to on, w podeszłym już wieku, będzie wiedział o mnie najwięcej. Będzie przy mnie trwał, a ja przy nim. Czasami nadal jestem pesymistką, przez myśli przechodziły mi czarne scenariusze, że nie dam rady, że aktualna sytuacji psychiczna jest do d*py (za przeproszeniem), że chciałabym odejść. Jednak nie mogłabym być takim egoistą. Co by Ti zrobił beze mnie? Co JA zrobiłabym bez niego? Nie mogę stracić więcej. Kocham go, on chyba mnie też. Ja motywuję jego, on mnie. To, co mu daję, wraca do mnie z podwójną siłą. I uwielbiam ten stan.
    Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za posta, Kaja &Ti :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Czemu to co napisałaś w poście jest mi tak bliskie? Kiedy bierzesz psa nie ma "nie wyjdę na dwór, bo mi się nie chce". Sama zauważyłam u mnie duże zmiany od kiedy mam Ozgarda. Przede wszystkim jeśli chodzi o ludzi. Pies rozpoczyna rozmowy, ludzie sami podchodzą pytają o rasę, mówią o tym co im się przytrafiło. Ta łatwość rozmowy jest piękna. Każdy miłośnik psów będzie mógł rozmawiać o swoim pupilu godzinami. Poprawiła się też moja sprawność fizyczna, a przede wszystkim myślenie. Taki czworonożny podopieczny doskonale uczy odpowiedzialności. Moi rodzice na początku obawiali się obniżeniem średniej, jednak o dziwo się poprawiła. Teraz nie ma siedzenia przed kompem i bezmyślnego wpatrywania się w monitor przez cały dzień, zresztą... Kto by tego chciał? Gdy siedzi przy Tobie pies i puka Cię w nogę, a potem biega w kółko do drzwi i z powrotem wszystko przestaje być ważne. Po prostu musisz wstać i wyjść.

    Pozdrawiamy Wika i Ozgard oraz zapraszamy na naszego bloga:
    http://beagle91.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  12. Czytając punkt 5, miałam wrażenie, że czytam o sobie. Nie lubię nowych ludzi, z miejsca zakładam, że się nie dogadamy. W dodatku jestem raczej nieśmiała (nawet pójście do nie-samoobsługowego sklepu jest dla mnie problemem). Ale jeśli w grę wchodzi pies... Znam wielu właścicieli z okolicy i uwielbiam wspólne spacery.
    Dzięki mojemu psu pokochałam też bieganie. Pimpek jest bardzo szybki, a kilka lat temu, kiedy jego przywoływanie bardzo kulało... No, nabiegałam się wtedy ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Stuprocentowo zgadzam się z Twoim postem, fajnie, że ktoś wreszcie napisał takie coś, albo że ja w końcu się na to natknęłam. Na samym początku, kiedy do domu przywiozłam psa, byłam osobą dosyć zamkniętą, wrażliwą na krytykę, z niezbyt fajnym podejściem do innych osób. I to nie zmieniło się tak od razu, bo przez pewien okres nie wychodziłam z psem na jakieś dalekie spacery, moja mama to robiła. Ale w pewnym momencie spojrzałam na niego z innego punktu widzenia, teraz mój pies jest dla mnie najbliższym stworzeniem na świecie i zrobię praktycznie wszystko, żeby było mu lepiej. Dodatkowo, pies jest dla mnie wielką motywacją do zrobienia wielu rzeczy, kiedy moja choroba daje się we znaki - bez niego, kiedy jest ciężko, prawdopodobnie w ogóle nie zwlekałabym się z łóżka.

    OdpowiedzUsuń